Monar ma przypominać normalne życie – rozmowa z Dyrektorem Domu Monaru

Dodany 3 czerwca 2013 przez admin do Aktualności

271368541562_kajda_thumbed_300_300.Na stronie internetowej lovekrakow.pl ukazał się wywiad z Dyrektorem naszego Ośrodka - Mariuszem Kajdą przeprowadzony przez Dominikę Płatkowską. Aby przeczytać oryginalny tekst kliknij tutaj.

 

Czym wyróżnia się oddział Monaru w Krakowie od innych?

U nas można wyleczyć się w pełni – od początku do końca. Posiadamy oddział detoksykacyjny, terapii dziennej oraz hostel readaptacyjny. Czyli pacjent najpierw może się odtruć, a później podjąć właściwą, półroczną terapię. Po jej ukończeniu ma szansę na późniejsze zamieszkanie w hostelu readaptacyjnym, w którym koszty utrzymania są mniejsze od wynajmu mieszkania.

Czy pół roku to jest wystarczający czas, aby się wyleczyć?

Przez pół roku możemy naprawdę wiele zrobić. Terapia polega na przystosowaniu do życia bez narkotyków. Odbywa się w przyjaznych warunkach domowych. Pacjenci uczą się odpowiedzialności za siebie i innych. Żyją w społeczności, od której dostają informacje zwrotne (wiadomości od innych na temat własnego zachowania – przyp. red). Oprócz tego normalnie pracują, gotują i sprzątają. Odpoczywają uprawiając sport, grając w bilard czy „piłkarzyki”. Tradycją staje się wspólne oglądanie Teatru Telewizji. Myślałem, że pacjenci będą narzekać, a jednak nie było specjalnych protestów.

A jakie relacje ma Pan z pacjentami?

Tutaj mam z pacjentami dość luźne kontakty, bo nie jestem ich terapeutą. W zasadzie przychodzą do mnie tylko wtedy, gdy potrzebują coś załatwić. Dlatego mi nie przeszkadza, jak się z kimś przytulę, podam rękę czy razem zjemy obiad. Nie pozwolę sobie jednakna chociażby rozmowy telefoniczne nocą.

Przejdźmy do terapii. Które etapy leczenia są najtrudniejsze?

Moim zdaniem, najtrudniejszy czas to ten, kiedy pacjenci już szykują się do wyjścia. W ich głowach często pojawia się myśl, że właściwie skończyli leczenie. A to nieprawda. Trzeba cały czas się pilnować.

A jak to jest z powrotem do normalnego życia? W końcu nie da się uniknąć tego, że znajomi piją alkohol lub (w niektórych środowiskach) biorą narkotyki.

Oczywiście. W ośrodku, jeśli nie możesz sobie z czymś poradzić, to masz prawo zwołać całą społeczność, by pomogła rozwiązać ci twój problem. Wystarczy uderzyć w specjalnie przygotowany do tego dzwon. W życiu poza Monarem nie ma podobnych możliwości.

Często byli narkomani to ludzie, którzy nie mają kwalifikacji i są zmuszeni do pracy np. na budowie, na której większość osób pije alkohol. Jeden z pacjentów mówił mi, że zatrudnił się przy rozładunku towaru. A tam większość pracowała pod wpływem amfetaminy. W związku z tym powroty do normalnego życia bywają bardzo trudne.

Za co pacjent może zostać wyrzucony z ośrodka?

Przede wszystkim za złamanie abstynencji i zachowania agresywne. Mamy prawo również usunąć pacjenta, który nie realizuje programu terapii.

A zdarza się, że pacjenci z własnej woli rezygnują z leczenia?

Tak, czasem już na samym początku. To oznacza, że ich motywacja do zerwania z nałogiem była za słaba. Często pacjenci kończą terapię po tzw. „miodowym miesiącu”. Mózg osoby uzależnionej działa w ten sposób, że na początku wszystko jest nowe i fajne. Po mniej więcej miesiącu pojawia się „ściana”. Nagle wszystko nie ma sensu. Później jest już coraz lepiej i pacjenci odczuwają coraz mniej takich stanów depresyjnych.

Zaciekawiła mnie informacja o zakazie picia kawy na pewnych etapach leczenia. Co jest takiego szkodliwego w kawie?

Jeśli dalibyśmy pacjentom wolną rękę, to mogłoby to się źle dla nich skończyć. Rok temu świętowaliśmy Rocznicę Ośrodka, na której wszyscy mogli pić dowolną ilość kawy. Jeden z pacjentów wypił ich jedenaście. To nie jest normalne zachowanie. Kawa bywa zamiennikiem narkotyku. Szczególnie uzależnieni od amfetaminy traktują ją w ten sposób.

Jest Pan dyrektorem dużego ośrodka. Jego zarządzanie wydaje się być dość trudnym zadaniem.

Z wykształcenia jestem specjalistą terapii uzależnień i na tym najlepiej się znam. Samo zarządzanie placówką to nic przyjemnego. Wypełnianie dokumentów, rachunków, spotkania z przedstawicielami NFZ... Najciekawsze są dla mnie zebrania kadry. Z przyjemnością obserwuję, jak rozwijają się zdolności terapeutyczne pracowników. Diagnozy są stawiane na coraz wyższym poziomie.

A jeśli chodzi o kadrę – przy zatrudnieniu stawiacie Państwo na młodych?

Mniej więcej połowa terapeutów to osoby młode. Problemem jest brak mężczyzn: jestem tylko ja i jeszcze jeden specjalista terapii. A większość pacjentów w ośrodku to mężczyźni, więc proporcje są zaburzone. Przydałby się terapeuta, który mógłby np. zagrać z pacjentami w piłkę. Najlepiej, jeśli sam wyszedłby z nałogu. To, co pomaga najbardziej to autorytety i wzorce.

Czy jest coś w ośrodku, co by Pan zmienił?

Chciałbym m.in. wyremontować dach, odrestaurować stare budynki, zrobić nowe pracownie. Dobrze, jakby znalazł się do tego sponsor.

Jeśli chodzi o samą terapię, moim marzeniem jest stworzenie grup dobranych pod różnym kątem. Wspólne zajęcia mogłyby mieć osoby zakażone wirusem HIV. Podobnie pacjenci z rodzin alkoholowych, nawrotowy czy osoby, które znalazły się w ośrodku pierwszy raz.

A jaka była Pana droga do tego, aby zostać terapeutą?

Sam miałem problemy z narkotykami. Wiele lat temu skończyłem leczenie w ośrodku koło Gliwic. Byłem dość aktywnym pacjentem, w związku z tym zaproponowano mi pracę instruktora terapii. W międzyczasie skończyłem studia i specjalizację. Później pracowałem w różnych ośrodkach, m.in. w Łodzi czy w Zielonej Górze. Stworzyłem ośrodek dla dzieci i młodzieży koło Kielc. W pewnej sytuacji kryzysowej, która miała tutaj miejsce, zaproszono mnie do współpracy. Jestem w Krakowie już od dwóch lat.

Ile osób udaje się z narkomanii wyleczyć?

Nie ma takiego narzędzia, aby można było to zmierzyć. Jedni ukończą terapię, a po kilku dniach wracają do nałogu. Inni przerwą ją w trakcie, a po powrocie do domu jednak nie biorą.

Kto może zostać terapeutą? Jakie predyspozycje musi posiadać dana osoba?

Myślę, że muszą być to ludzie, którzy interesują się drugim człowiekiem. Dlatego podstawowa rzecz to empatia. Trzeba mieć w sobie chęć, by pomagać innym. Tego człowiek raczej się nie nauczy. Praca wymaga ciągłego rozwoju, pacjenci się zmieniają. Coraz więcej młodych ludzi zaczyna poważne eksperymenty z narkotykami. Do tego są zaburzeni w innych sferach życia. Narkomania jest szczególnym typem choroby. O sukces jest naprawdę trudno.

Jest Pan Dyrektorem ośrodka, którego założycielem jest Marek Kotański. Jak zapatruje się Pan na jego metody leczenia?

Marek Kotański zakładał Monar w czasach, kiedy uważano, że narkomanii nie ma. To była zupełnie inna rzeczywistość i pacjenci od tego czasu bardzo się zmienili. Wówczas były to osoby bardzo mocno uzależnione od kompotu, czyli heroiny. Obecnie narkomani przyjmują wiele różnych środków.

Ostatnio spotkałem się z Holendrami, którzy niezwykle doceniają to, co osiągnęliśmy w dziedzinie terapii uzależnień. Pacjenci uczą się u nas pracy i odpowiedzialności na przykład poprzez samodzielne przygotowywanie posiłków. Tam nie mają takiej możliwości. Dlatego z Monaru, który stworzył Marek Kotański, możemy być dumni.

A jeśli chodzi o kontrowersyjne metody leczenia Marka Kotańskiego, np. dociążenia?

W prawdziwym życiu jest tak, że jak coś źle robimy, to też ponosimy tego konsekwencje. Można powiedzieć, że to są właśnie dociążenia. A terapia w ośrodku ma przecież przypominać normalne życie.

A takie dociążenia jak np. przymusowe ścinanie włosów?

Kiedyś długie włosy były symbolem narkomanii. Ich ścięcie oznaczało symboliczne oczyszczenie, otwarcie nowej drogi. Jednak często było to zbyt trudne dla młodych ludzi. Niektórzy nie byli w stanie poświęcić włosów dla tego, aby żyć. Pacjenci Marka Kotańskiego nosili ubrania robocze – drelichy, które miały ich uczyć pokory. Często ten obowiązek spotykał się z protestami.

Jeden z byłych pacjentów Marka Kotańskiego opowiedział mi o tym, że dostał do wykopania ogromny korzeń, do którego zostało porównane jego uzależnienie. Wyrwał go. Może u innych by to nie zadziałało, ale on zerwał z nałogiem.

Komentarze są wyłączone